Ten jeden rejs…
Pomysł szant z prawdziwą orkiestrą symfoniczną tlił się w mojej głowie od wielu lat. Był z tych, co leżały na półce i czekały, a ja w skrytości przed innymi, skrzętnie go odkurzałem i dbałem, by jego blask nie zgasł.
Kiedy zobaczyłem jak nowy dyrektor Filharmonii Opolskiej, prof. Maciej Fortuna, wywraca filharmonię do góry nogami i realizuje odważne, nowe i świeże projekty, pomyślałem…. teraz albo nigdy. To jak wybranie żagli na maxa podczas podmuchu, by przejść wąską gardziel najeżoną podwodnymi skałami.
Poprosiłem Wicemarszałka Województwa Opolskiego Zbigniewa Kubalańcę o spotkanie. Odważyłem się mu opowiedzieć o pomyśle science fiction, by w sposób wyjątkowy uczcić osiemdziesiąt lat opolskiego żeglarstwa. Nie zastanawiał się. Zorganizował spotkanie z dyrektorem FO. Ja byłem przygotowany i wiedziałem, że dyrektor to swój chłop, bo też żeglarz. Była szansa, ale nie spodziewałem się, że wychodząc z gabinetu marszałka będę mieć już ustalony termin. W tym projekcie słyszałem moc głosów North Cape. Padło na nich. Ten jeden rejs zaczął się w czerwcu 2025 roku.
Kiedy maestro Jakub Chrenowicz, dyrygent Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Opolskiej zgodził się, bym rozpoczął koncert uderzeniem w trójkąt, moje marzenia się ziściły. Zagrałem solo, i mogłem zejść ze sceny, otrzymując gromki aplauz za moje brawurowe wykonanie.
Zaległa cisza, a maestro podniósł pałeczkę i jak Harry Poter zmienił otaczającą nas rzeczywistość. Przeszliśmy do bajkowego świata.
W pierwszych sekundach zaczęło się już epicko. Niskie tony organów z narastającym akordeonem przeniosły nas na irlandzkie klify. W oddali usłyszeliśmy kotły. Czuć było, że sztorm nadchodzi. Powoli budziły się inne instrumenty tak jakby nie wierzyły, że coś z tego można skleić.
I nagle sekcja smyczków wyłoniła się z mgły prowadząc nas pod wiatr, ale z nadzieją, że za groźną skałą będziemy już bezpieczni.
Pierwszy zaczął Juliusz Krzysteczko . Swoim niebywałym basowym barytonem wprowadził nas na spokojne wody i wtedy wyłonił się Krzysiu Ściepłek, który uspokoił nas: „nie braknie sił do ciągnięcia lin. Hej dobry bóg uspokoi fale”.
I wtedy huknęło. Wszystkie smyczki, trąbki, flety, oboje, fagoty, klarnety, waltornie, puzony, tuby, kotły, perkusja, gitara basowa i North Cape w głosach Pawła i Łukasza Malcharków i Michała Bagniewskiego. Dreszcze przeszły po całej Filharmonii Opolskiej. Wibracje były takie, jak na granicy wytrzymałości takielunku. I nagle, w tym huku słychać było delikatnie dźwięki harfy, które narastały. To tak jakbyś wpływał w sztormie do portu, w którym z każdym przebytym kablem morze się uspokaja, aż w końcu wyłania się twój bezpieczny pomost.
Byliśmy oczarowani. Nikt nie spodziewał się, że to może tak zabrzmieć.
Krzysiu Ściepłek przywitał nas i zapowiedział, że Kei i Hiszpańskich dziewcząt nie będzie czym wywołał radość widowni.
Kolejny utwór rozpoczął się radosnym dźwiękiem fletu, a chwilę później dołączyły do niego skrzypce i tamburyn. Przenieśliśmy się do małego portowego miasteczka gdzieś we Francji. Zobaczyliśmy małą dziewczynkę tańczącą na bruku i śpiewającą starą pieśń o kłuciu wieloryba, czyli Pique la baleine. Kiedy North Cape z całą orkiestrą zagrzmiał, to staliśmy się częścią załogi okrętu wielorybniczego. Publiczność oszalała.
Krzysiu przypomniał, że jego droga w North Cape zaczęła się właśnie w Filharmonii Opolskiej, kiedy w 2015 roku organizowaliśmy pięciolecie Shantażystow. Po jedenastu latach zrobiliśmy woltę i nikt wtedy nie przypuszczał, że następny duży koncert w Filharmonii będzie już z orkiestrą symfoniczną.
„Przyjaźń w zespole to fundament jego istnienia nawet wtedy, kiedy trzeba żonie wytłumaczyć, dlaczego jej mąż został przyniesiony” Tak rozpoczął się trzeci akt tego spektaklu. Sekcja dęta zagrała rytm orkiestry ulicznej, a my znaleźliśmy się na festynie w nadmorskim miasteczku. I wtedy wszedł on - cały na biało Michał Bagniewski śpiewając „Help me, Bob, I'm bully in the alley” rozkręcając imprezę do białego rana.
W szampańskich nastrojach wysłuchaliśmy kolejnej opowieści o Norwegii, gdzie North Cape co roku śpiewa na festiwalu. Tam poznali zespół The Longest Johns.
Maestro zabrał nas znowu w inny zakątek świata. Zobaczyliśmy okręt wpływający do norweskiego fiordu. Zabrzmiały dźwięki jak z disnejowskiej produkcji. Na dole fiord a na górze różnobarwne motyle tańczyły z elfami. Byliśmy w bajce w samym jej centrum. I wtedy reżyser przeniósł nas na pokład okrętu, gdzie załoga pracowała wybierając liny. W rytm kabestanu zabrzmiały męskie twarde głosy, śpiewając: „ dorwij go, dorwij go… przypominając historię John Paul Jonesa, amerykańskiego kapitana, który dał się we znaki Anglikom. Zabrzmiało złowrogo. Sekcja dęta i smyczki uwidoczniła nam marzenie Brytyjczyków: „poślijmy go wreszcie na dno”.
Kiedy jasnym stało się, że nie uda się dorwać Jonesa przenieśliśmy się do Gujany, by poleżeć na plaży pod palemką. Bass, hamond, bębny, sekcja dęta a przede wszystkim wibrafon, zafundowały nam klimaty karaibskie. Nam zostało już tylko rozpocząć taniec nad brzegiem Esequibo River z półnagimi kobietami. Ale w tej bajce reżysera poniosła fantazja, bo do tańca włączyły się radośnie okoliczne zwierzęta. Jaguar tańczył z kajmanem, a kapibary z małpami.
Wycieńczeni tańcem padliśmy bez tchu. Kiedy się obudziliśmy byliśmy pod Molino del Rey pod wodzą generała Antonio Lopeza de Santa Anna. Z całą kawalerią ruszaliśmy do boju przeciwko amerykańskim wojskom, którym przewodził generał Zachary Taylor.
Maestro rozpędził orkiestrę jak w dobrym amerykańskim westernie z lat sześćdziesiątych. Widzieliśmy pył spod końskich kopyt a Michał Bagniewski poprowadził szarżę przeciwko Amerykanom. Walka trwała długo, ale sztandar Meksyku nie upadł.
Kiedy bitwa się skończyła Krzysiu pięknie podziękował Stowarzyszeniu Pieśni spod Żagli za naszą długoletnią współpracę i przyjaźń. Podnieśliśmy razem kotwicę, by popłynąć na Horn.
Zabrzmiała mocno szanta „Randy dandy”. Opuszczaliśmy port rozwijając marsle i myśląc, czy wrócimy tu jeszcze znów. Nasze kobiety stały na nabrzeżu, a my niknęliśmy za widnokręgiem wiedząc, że czas portowej hulanki skończył się i czeka nas długi rejs.
Ze sceny padły ogromne podziękowania dla rodzin całego zespołu, które często narażone są na rozłąkę, by zespół mógł realizować swoje pasje muzyczne.
Po tych podziękowaniach, Tomasz Biernacki – aranżer utworów przeniósł nas na ukraińskie stepy do małej wioski. Na skraju leśnego jaru, pod rozłożystym dębem, ssąc wysuszoną trawę zobaczyliśmy młodego Kozaka dosiadającego czarnego ogiera. Zabrzmiał flet niosący się wraz z dymem nad dachami chałup po całej okolicy. Był ciepły dzień. Do fletu dołączyła cała orkiestra, tworząc nam rzewną dumkę.
Z wioski popłynęła pieśń kozacka: „A gdzież moje kare konie” Kozak zaczął kłus, dookoła wioski rozgrzewając wierzchowca, jednocześnie zaglądając do chat, szukając swojej kochaneczki. Niestety nie było jej nigdzie. Popatrzył na zachód i ruszył z kopyta galopem przez step. Orkiestra pędziła tuż za młodym Kozakiem. Niestety na zachodzie jego wybranki też nie było. Z opuszczoną głową wracał do chaty.
Przepięknie wykonany utwór, dzięki któremu tak wyraźnie zobaczyliśmy kozacką utraconą miłość.
Ponownie Krzysiu podziękował. Tym razem przyjaciołom ze sceny. Zespołom Klang, Majtki Bosmana i Banana Boat, a maestro zabrał nas znów na Karaiby. Tym razem na Jamajkę, gdzie razem z pracownikami portowymi znosiliśmy banany do ładowni.
Podziękowania trafiły do byłych członków zespołu, którym zadedykowano kolejny utwór.
W tempie szybkiej egzekucji orkiestra zbudowała narracje korsarza Kapitana Kidda, który
z hardo uniesionym czołem odważnie szedł na stryk. Właściwe temat pod rzewną balladę, a jednak, do końca nie bał się i z uśmiechem na twarzy dał się powiesić.
Kolejna opowieść przeniosła nas do Bretanii do czasów, kiedy w 2016 roku zespół wystąpił w Breście. W dniu przyjazdu nastąpił atak terrorystyczny w Nicei. Na poczekaniu North Cape przygotował tradycyjną smutną bretońską pieśń o trzech żeglarzach, którą zaśpiewał razem z dziesięcioma tysiącami Bretończyków. Pieśń zadedykowano polskim szantymenom, którzy odpłynęli do Hilo
„Tri Martolod” zabrzmiał jak „Mury” Kaczmarskiego. Doniośle, głęboko. Głównym motywem przewodnim był bass. W połowie utworu solo na trąbce wykonał prof. Maciej Fortuna a sala odwdzięczyła się wielkim aplauzem. Ten utwór rozłożył nas na łopatki. Była w nim tak ujmująca głębia, że każdy z nas zobaczył ten zamach, jakbyśmy tam byli.
Reżyser spektaklu zabrał nas znów na bezkresny ocean, z którego wraca zmęczony rejsem „Kliper”. Mimo że sztorm, okręt i załoga na granicy wytrzymałości, to pozostaje nadzieja, że za chwilę będą w porcie w ramionach ukochanej.
Już widać latarni błysk, a jeszcze wszystko może się zdarzyć. Sekcja smyczków daje nadzieję, że rejs zakończy się bezpiecznie. Błoga harfa zakończyła wielomiesięczne zmagania załogi.
Po takim utworze publiczność na stojąco nagrodziła zespół i orkiestrę domagając się bisu. Ale maestro czuł nosem pismo i był przygotowany. Popłynęły dźwięki pierwszego bisu.
Michał Bagniewski jak prawdzimy szantymen na żaglowcu, poprowadził tradycyjną szantę fałową „Hey haul away” dając nadzieję, że jeszcze kilka razy pociągniemy i będziemy w domu. Z całą mocą, orkiestra razem z całym North Cape odpowiadała na zaśpiew prowadzącego. Przed oczami zobaczyliśmy sprawną załogę stawiającą wszystkie żagle.
Ten wyjątkowy koncert zakończyła Levan Polkka, utwór za który North Cape otrzymał drugą nagrodę w międzynarodowym konkursie A capella Video Awards za najlepszy clip folkowy na świecie. Orkiestra zabrała nas do tańca w rytmach polki, a publiczność oszalała. Braw nie było końca, aż w końcu ktoś zaintonował i cała filharmonia zaśpiewała sto lat.
Nikt z nas nie wiedział jak szybko minął ten koncert i patrzyliśmy na siebie. To już? Koniec?
To była magia. Feria dźwięków tak innych, od tych znanych na scenie szantowej, połączonych ze światłem. Przez ponad sto minut byliśmy jak w prawdziwej disnejowskiej bajce. Aranżacje były epickie. I nie jest to ocena piszącego te słowa laika, ale zawodowych muzyków orkiestry, którzy byli pod ogromnym wrażaniem. Publiczność zgromadzona w Filharmonii była zachwycona.
Gratulacji i owacji nie było końca.
Ten jeden rejs dobiegł końca.
Ze sceny razem z Krzysiem podziękowaliśmy wszystkim, którzy mieli wkład w tworzenie gali z okazji osiemdziesięciu lat opolskiego żeglarstwa, trzydziestu lat zespołu North Cape i piętnastu lat Stowarzyszenia Pieśni spod Żagli. Bez nich, to by się nie udało.
kpt. Ryszard Sobieszczański
Pieśni spod Żągli
Opole
Wielkie podziękowania dla:
Opolskiego Stowarzyszenia Pieśni spod Żagli
Filharmonii Opolskiej im. Józefa Elsnera
- prof. Macieja Fortuny - Dyrektora Filharmonii Opolskiej
- Jakuba Chrenowicza – dyrygenta
- Grzegorza Stasiuka - producenta koncertu
- Tomasza Biernackiego - aranżera wyjątkowych utworów na orkiestrę
Radia Opole
- Jacka Kaczora, Prezesa Radio Opole
- Anety Skomorowskiej Kobza – Redaktor Naczelnej
- Ekipy Radia Opole
North Cape
- Michała Bagniewskiego
- Pawła Malcharka
- Łukasza Malcharka
- Juliusza Krzysteczko
- Krzysia Ściepłka
- Szymona Ogłazy – Marszałka Województwa Opolskiego
- Arkadiusza Wiśniewskiego – Prezydenta Miasta Opole
- Zbigniewa Kubalańcy – Wicemarszałka Województwa Opolskiego
- Załogi Urzędu Marszałkowskiego Województwa Opolskiego
- Załogi Urzędu Miasta Opole
- Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej
- Lodziarni u Fiołków i Szynku Rozbark w Bytomiu
- Firmy Kronospan
- Firmy Galmet
- Wodociągów i Kanalizacji w Opolu Sp. z o.o
- Firmy APRA NET z Opola
- Firmy W&K Industriemaschine Sp. zo.o z Lubina a szczególnie Prezesa Roberta Urbaniaka
- Firmy ASTIR Transport i Spedycja
- Firmy Initel sp. zo.o a przede wszystkim prezesów Roberta Kulpińskiego i Tomasza Pruskiego za ciągłe wsparcie Pieśni spod Żagli
- Kornela, rejestrującego obraz
- Nowej Trybuny Opolskiej
- Tygodnika Opolska
- TVP Opole
- Ekovision TV
- Radia Doxa
- Radia Tychy
- Tawerny Skiperów i czasopisma Morze
- Portalu Szanty 24
- Firmy MKN Projket z Opola a w szczególności dla Michała Nolepy
- dla ekipy Filharmonii Opolskiej: Krzysia Pasowicza, Michała Warmuzka, Marzeny Rosińskiej i Roberta Rutowicza.
Fot. Mariusz Przygoda
Adam Dubiński - Radio Opole
Majtki Bosmana
496