Around Europe na s/y Caipirinha cz. 7

Wieści z Kubryku |
Morze Śródziemne |
2021-06-22 |
224
Around Europe cz. 7

Dopłynięcie do hiszpańskiego Torevieja zakończyło nasz pierwszy etap. Wyśmienitą kolacją w lokalnej restauracji, uczciliśmy ten finał. Czego na stole nie było: Paela, owoce morza, mięsa z grilla, duszone żeberka, lokalne wino i dobre zimno piwo. Było grubo, ale zasłużyliśmy. Najedzeni jak bąki, powolutku wracaliśmy na jacht chłonąc klimat rozbawionej Torevieja. Nie czuć było w ogóle, że jest jakaś pandemia. Wieczorno-sobotnie Torevieja nie należy do spokojnych. Dziesiątki głośnych knajp i tysiące Hiszpanów oraz żeglarzy. Co kilka metrów inna muzyka i w całym porcie kakofonia taka, że łeb urywa, ale taki to lokalny folklor. Do tego wesołe miasteczko i głośne okrzyki tych co właśnie spadali z wysokości kilkudziesięciu metrów. Nie jest to mój klimat, ale robi wrażenie.
Po kolacji wróciliśmy na jacht i rozkoszowaliśmy się tym ostatnim wieczorem. Rum smakował wybornie. Niestety długo nie mogliśmy siedzieć bo o czwartej rano trzeba było wstać by zdążyć na samolot. Dzięki Bogu do Polski wróciliśmy bez żadnych przygód. W Krakowie czekał na nas mój malutki dwumetrowy synuś, który zawiózł nas do Opola.

Dzięki mojej firmie – Initel i naszemu logistykowi Mariuszowi, zamówiliśmy w bardzo rozsądnych pieniądzach transport silnika z Toreviaja do Lubina. Kris miał go wymontować i spakować. Tak też się stało. Co prawda trochę długo szedł do Polski i musieliśmy nasz drugi etap przesunąć o tydzień, ale było to koniecznie. Przekładni nie dało się w tak krótkim czasie naprawić ze względu na części, których w Polsce nie było. Najjaśniejszy znalazł w Niemczech, nie daleko Hamburga taką samą przekładnie, używaną ale po generalnym remoncie. Kupił ją. Pozostał problem jak ją szybko przetransportować do Polski. I znowu, mówiąc krótko nam się udało, bo akurat w Hamburgu prowadzimy budowę a moi chłopcy wracali do Polski. Na moją prośbę po pracy pojechali, odebrali i przywieźli do Polski. W okolicach Poznania Najjaśniejszy odebrał od nich naszą nową przekładnie. To był piątek. W niedzielę poinformował mnie, że wszystko gada i są gotowi do ekspedycji. Czyżby się udało? Nie chwalmy dnia przed jego zachodem. We wtorek silnik pojechał do Hiszpani, a trzy dni później w piątek chłopcy Krisa odebrali nasz skarb, który musiał poczekać do poniedziałku. W soboty w Hiszpani się nie pracuje. Za to przez weekend, mógł się po rozkoszować ciepłym hiszpańskim słońcem. Od razu wyobraziłem sobie nasz silnik zamontowany do palety, wygrzewający się na ciepłej piaszczystej plaży w Torevieja, wśród młodych Hiszpanek opalających się topless.
14 czerwca silnik został zamontowany. Niestety okazało się, że trzeba wymienić dławice która przepuszczała wodę. Wcześniej wał był nie z osiowany względem silnika. Co się stało? Dlaczego silnik się przesunął. Tego się już nie dowiemy. By to zrobić jacht musiał być wyciągnięty. Planowaliśmy to by usunąć przeciek, ale nikt nie przypuszczał, że dźwig w marinie się popsuje i najwcześniej jacht można wyciągnąć w piątek i to na godzinę, bez stawiania go na stojakach. No cóż, chyba się do tego przyzwyczailiśmy, że tak prosto to się nie da. Na czwartek planowaliśmy przylot do Torevieja. No cóż znowu obejrzymy dno naszego jachtu.
17 kwietnia o godzinie 16:50 mieliśmy zaplanowany wylot z Wrocławia, a Biały i Robert z Modlina dwie godziny później. Nasza załoga nie wiele się zmieniła. Maćka zastąpił Szymon czyli syn ojca, a Robsona - Robert, nasz uśpiony agent ze stolnicy. Po za tym Biały, Grzesiu, Najjaśniejszy, Ala i ja.

Kupić bilet i polecieć !!!, zawsze tak mówiłem, bo często latałem, ale niestety Covid popsuł wszystko. Żeby wylecieć z Polski, trzeba mieć aktualny test, lub kod QR, który zaczynał być ważny po czternastu dniach od dwóch szczepień. Niektórzy z nas się załapali, a niektórzy nie i trzeba było znowu robić test. Ale same testy to nie wszystko, bo trzeba było znowu się zarejestrować na hiszpańskiej stronie Ministerstwa Zdrowia. Nic nie może być łatwe. Dokument rejestracji był po prostu nie jasny i zagmatwany. Nie wiem czy sami Hiszpanie by go zrozumieli. Alicja straciła trzy godziny, by nas tam zarejestrować a i tak bez telefonu na hiszpańską infolinię się nie obyło. Niestety było to obligatoryjne, bo na lotnisku we Wrocławiu nas sprawdzali czy mamy te kwity. Dzięki Bogu mój Córex to ogarnął.

Razem z Grzesiem postanowiliśmy, że w Polsce kupimy trochę gotowych słoików na obiady. Wiadomym było, że prognozy są dla nas nie sprzyjające i przygotowanie jedzenia na jachcie trzeba uprościć do bólu. I tu odebraliśmy kolejną lekcje. Całe to żarcie zapakowaliśmy do bagażu rejestrowanego i nadaliśmy bez problemu. Ale żarcia było więcej i z Szymonem wykupiliśmy dodatkowy bagaż 10 kg. Niestety po spakowaniu okazało się, że waży więcej niż 10 kilo. I tu chciałem być mądrzejszy. Tak przyznaje się. Powiedziałem Szymonowi, żeby nadał swój plecak, a z tym pójdziemy jako podręcznym.
Pan przy skanerze złapał się za głowę. Rozciął pięknie spakowany karton, który miał idealne wymiary bagażu 10 kg. Tak pięknie go spakowałem. Kiedy zobaczył nasze pulpety i klopsy to stwierdził, że nie ma takiej opcji. Był bardzo stanowczy. Niestety nasze pulpety i klopsy nie mogły lecieć razem z nami w klimatyzowanej kabinie samolotu Boening 737 wersja 800. Żadne podchody i opowieści nie dały rezultatu, no może po za tym że odpuścił czerwonej kapuście i powiedział: Słoik kapusty czerwonej mogę przepuścić, ale tylko ona może lecieć. Spytałem go co ma do pulpetów i klopsów i dlaczego one nie mogą lecieć a kapusta tak? Z rozbrajającą szczerością odpowiedział mi: bardzo lubię kapustę czerwoną i tylko dlatego mogę się zgodzić by poleciała z panem. No cóż, wybałuszyłem oczy na jegomościa, ale przy takim argumencie byłem bezbronny.
Swoją drogą kompletnie mnie zaćmiło. Przecież wiem doskonale jakiej wielkości pojemniki z płynami można zabrać do kabiny i jak to jest sprawdzane na lotnisku. Nie wiem skąd pomysł, że pulpety i klopsy rządzą się innymi prawami. No cóż pozostało wyrzucić albo dokupić znowu bagaż rejestrowany. Nie mam w zwyczaju wyrzucać jedzenia, wiec pokornie wykupiłem bagaż rejestrowany 10 kg. Pan do mnie mrugnął i przepuścił nasze pulpety, które ważyły ponad 11 kg.
No cóż były to najdroższe klopsy i pulpety oraz czerwona kapusta. Sądzę, że w tej cenie zjadłbym porządny obiad w dobrej hiszpańskiej knajpie. Ale w końcu są wakacje, a podróże kształcą, ponoć.
Na szczęście udało się przejść całą ta machinę odprawową i o 16:40 siedzieliśmy w samolocie racząc się napojami chłodzącymi. Klopsy leciały z nami, chyba?<br />

Z pokładu s/y Caipirinha
kpt. Ryszard Sobieszczański






Zobacz Także