Around Europe na s/y Caipirinha cz. 12, Admirał mórz indyjskich

Wieści z Kubryku |
Ocean Atlantycki |
2021-08-10 |
180
Around Europe cz.12

„Admirał mórz indyjskich”

Za rufą zostawialiśmy Przylądek Ciepłych Gaci, który oficjalnie nosi nazwę Przylądka Św. Wincenta. W starożytnych czasach Rzymianie nazywali go Promonorium Sacrum czyli Świętym Przylądkiem. Wynikało to z tego, że był to najdalej wysunięty ostatni punkt, znany Rzymianom, skąd można było oglądać zachód słońca w pełnej jego krasie. Nazwa Św. Wincenta wywodzi się od męczennika Wincentego z Saragossy, który nie wyrzekł się swojej wiary i został stracony, a potem jego ciało zostało wyrzucone przez ocean w okolicach przylądka. Ponoć cały czas jego ciała strzegły kruki, nawet wtedy kiedy na jego cześć został zbudowany ołtarz. W XVI wieku tuż obok niego został zbudowany klasztor franciszkański. Dziś na ruinach tego klasztoru stoi piękna latarnia, zbudowana w 1846 roku, którą widać aż z odległości ponad czterdziestu pięciu mil.
W promieniach zachodzącego słońca pięknie mieniła się jej czerwona kopuła, którą długo widzieliśmy za naszą rufą. No i oczywiście klify, który sięgają aż siedemdziesięciu pięciu metrów.
Ten koniec Europy charakteryzuje się ciągłymi wiatrami i mówiąc krótko wiecznie tam pizga. Najczęściej z kierunku północnego do zachodniego. Również i nam wiał północny w sile trzech Beufeorta. Niestety, Neptun nas wypuścił ze Śródziemnego, ale wyraźnie nie chciał nam ułatwić zadania z dotarciem do La Coruny. Mamy podejrzenia, że ma jakieś konszachty z Caipirinhą. Cały czas wygląda to tak, jakbyśmy byli pod wpływem jakiejś klątwy.
Noc była bezchmurna, a ocean był mocno rozfalowany i trochę nami rzucało. Widać, że gdzieś dalej na jego środku musiało nieźle wiać, skoro przysłał nam takie fale. Mimo tego powoli wspinaliśmy się na północ z planem wstąpienia na kilka godzin do portugalskiego Sines.
Przed główkami Sines byliśmy przed szóstą rano. Było ciemno. Zapadła decyzja - wchodzimy.
Powolutku wśliznęliśmy się do awan portu, a stamtąd cichutko by nie budzić nikogo, głębiej do Mariny Sines. Liczyliśmy, że będzie miejsce bo marina była bardzo płytka i przy niskiej wodzie mogliśmy stać tylko przy pierwszej kei. Po wejściu na małą zatokę, po prawej stronie widać były zacumowane jachty przy kei. Przed nami kilka jachtów stało na kotwicy. Na pierwszy rzut oka wyglądało to tak, jakby w marinie nie było miejsca. Mieliśmy nadzieję, że mimo coś się znajdzie, wszak Sines, to nie było metropolia turystyczna.
Mimo ciemności, wyłuskaliśmy dwa wolne miejsca przy pierwszej kei. Biały, który wprowadzał naszą Lady do mariny, wcisnął się w jedno z nich i przykleiliśmy się do Y-bomu. Byliśmy ocaleni.
Było przed siódmą rano. Dzień powoli wstawał. W marinie było cicho, spokojnie i wszystko spało. Tradycyjnie szklaneczką rumu, uczciliśmy kolejne cudowne ocalenie i kolejny nowy port na naszej mapie wspólnych rejsów.
Sines nie należy do miasteczek turystycznych. Opis tego miasta wręcz zniechęca do jego odwiedzenia, bo jest opisywane jako miasto przemysłowe, posiadające duży port handlowy. W rozmowie telefonicznej moja Ewa zapytała mnie, czy bardziej przemysłowego miasta nie mogliśmy sobie wybrać na przystanek? A jednak wybór był jak najbardziej słuszny. Jak się okazuje, za tym wszystkim stoi stare średniowieczne miasto, w którym urodził się wielki żeglarz Vasco de Gamma. I to był jeden z powodów dla którego chcieliśmy tu wejść. Drugi, tak nam pasowało. Był jeszcze jeden powód. W lutym kiedy zbierałem info o portach, korespondowałem z Jose z Sines. Wydawał się bardzo sympatyczny i przede wszystkim zaproponował nam świetną cenę za dłuższy postój, gdyby nam się zdarzyło tutaj stanąć na dłużej.
Po godzinie ósmej czasu lokalnego, bo my na jachcie, żyliśmy według czasu polskiego, odwiedziliśmy biuro mariny by załatwić formalności. Odbyło się to wszystko bez ceregieli i zapłaciliśmy za półdniówkę, całe piętnaście euro. Nawet w Polsce nie ma takich cen. Nie chcę myśleć ile by nas to wyniosło w Chorwacji.
Po wielkim kąpaniu całej załogi, Biały, Najjaśniejszy, Michał i ja poszliśmy oddać pokłon Vasco de Gamma. Stare miasto położone było na wzgórzu, skąd rozpościerał się piękny widok na port. W obrębie starych murów fortyfikacyjnych stał dumnie nasz podróżnik i odkrywca. To on poprowadził portugalską flotę wokół Afryki, przecierając szlak do Indii. W kolejnej wyprawie sprawił niezły łomot Arabom podbijając miasto Kilwa Kisiwani, położonym dziś na terenach Tanzanii, zmuszając ich do podporządkowania się koronie portugalskiej. Kontrolował szlaki morskie na Morzu Czerwonym i Oceanie Indyjskim rabując statki mahometańskie. Nie patyczkował się i jak trzeba było to pił, kradł mordował i gwałcił, a wszystko to na chwałę jaśnie króla Manuela I, któremu przyniósł krocie. Dziś uważany jest za najznamienitszego żeglarza Portugalii, mimo że obecnie niektóre jego czyny uważane są za kontrowersyjne. Wtedy było to standardem tak jak dziś jeżdżenie w Europie prawą stroną. Do Sines nigdy nie powrócił, gdyż zmarł podczas kolejnej wyprawy w Indiach.
Zrobiliśmy zdjęcie Vaskusiowi i popatrzyłem na dół na port, wyobrażając sobie jak kiedyś mogły stać w nim dumne portugalskie karawele.
Właśnie wchodzenie do takich portów ma sens. Nie ma tego całego blichtru turystycznego, a miasto zachowało swój klimat, który daje się wyczuć na jego uliczkach. Stare fortyfikacje, armaty, białe domy z niebieskimi lampasami, kościółek i uliczki z niskimi zabudowaniami, to wszystko jest naturalne i nie podporządkowane turystom.
Znaleźliśmy małą lokalną kawiarenkę, w której jak się okazało podawali krewetki. Nie odmówiliśmy sobie i trzeba przyznać, że były przyrządzone w arcyciekawym sosie. Do tego spokój miasta i muzyka typu Smooth Jazz Cafe sprawiły, że Sines nas kupiło. Na dodatek udało się jeszcze znaleźć sklepik z pamiątkami, w którym na magnesach widniał nasz podróżnik. Warto wpaść do Sines na dwie godzinki.
Wyjście z Sines zaplanowaliśmy na godzinę trzynastą ichniego czasu. Odcumowaliśmy jacht i z malutkimi problemami przy wietrze dopychającym, ustawiłem naszą Lady przy pontonie ze stacją benzynową. Zgodnie z info na tablicy mieliśmy wywołać obsługę na kanale dziewiątym. I tu nastąpił ZONK. Stacja będzie otwarta ale dopiero o piętnastej. No cóż zostało nam półtora godziny, które Kamila z Danielem wykorzystali na zwiedzanie, a niektórzy z nas na spanie. Błogie lenistwo rozlało się po pokładzie Caipirinhi.
Kilka minut po piętnastej opuściliśmy urocze Sines i obraliśmy kurs na Lizbonę, choć wiadomo było, że tam nie wejdziemy. Naszym celem była La Coruna i tam bardzo chcieliśmy dopłynąć kosztem zwiedzania Lizbony czy Porto. Wychodząc z Sines postawiliśmy żagle i długo widać było jeszcze Vaskusia, który z nad murów obronnych odprowadzał nas swoim wzrokiem. Ten to miał życie.
Choć małe półgodziny mogliśmy się delektować piękną żeglugą, za nim nie trzeba było zmienić kierunku na północny. Niestety Neptun dalej uparcie nie chciał nas wesprzeć. Wiała trójka z północy i cały wieczór dalej nami rzucało, ale na szczęście po północy wiatr zaczął siadać. Ocean się wyciszał i kiedy rano o czwartej wyszedłem na wachtę, to było już bardzo spokojnie. O piątej nad ranem mijaliśmy Lizbonę i przypomniałem sobie słynny żółty tramwaj i piątkowy klimat stolicy Portugalii. Lizbona to ładne miasto, przynajmniej mnie się podobało, kiedy odwiedzałem je, dokładnie dziesięć lat wcześniej, z inną załogą. Intensywne światła miasta zachęcały do wejścia, do tego silny czerwony nabieżnik, dokładnie pokazywał drogę wejścia do portu. Na szczęście o godzinie szóstej trzydzieści spowiła nas tak silna mgła, że nie było nic widać na odległość pięćdziesięciu metrów i o Lizbonie można było już całkiem zapomnieć. Trzeba było się skupić na żegludze, żeby nie trafić na sieci, które często spotykaliśmy. Przy nowiu potrafi być ciemno na morzu i nie wiele widać, a w połączeniu z mgłą jest to żegluga w kierunku, ale na oślep.
Pierwsze pół dnia, ocean, ten wielki Ocean Atlantycki wyglądał jak lodowisko. Zero wiatru i fal. Nie wierzyłem własnym oczom. Raz coś takiego przeżyłem na Bałtyku w kwietniu, ale ocean? Gładki i we mgle. Przyznam, że zrobiło to na mnie wrażenie. Stan nie trwał długo i resztę dnia wiała nam dwójka z północy, aż do godziny siedemnastej kiedy znowu, dosłownie w dwie minuty spowiła nas gęsta mgła. Patrzyłem na tą mgłę i od razu w oczach widziałem biały szkwał, który przeżyłem kiedyś na Turawie. Tak to wyglądało. Nadchodziła szybko, ale na szczęście nie pchał jej silny podmuch wiatru jak u nas na Jeziorze Dużym w 1982 roku, który wywracał i łamał wszystko co stało na jego drodze. Jak wiała z północy dwójka tak nadal sobie spokojnie wiała. Wydarzyło się natomiast coś innego, dziwnego. Otóż około siedemnastej trzydzieści, kiedy nadal płynęliśmy we mgle tuż nad naszym masztem usłyszeliśmy głośny huk silnika odrzutowego. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ten głośny dźwięk silnika po prostu zawisł nad naszym masztem. Nie widzieliśmy go w tej mgle, ale czuliśmy się tak jak by ktoś nas obserwował i sprawdzał czy przypadkiem nie jesteśmy uchodźcami. Jakiś wielki brat patrzył. Nie znam się na samolotach wojskowych, wiec nie wiem, który samolot może stać w powietrzu. Może to był helikopter? Byliśmy na wodach terytorialnych Portugalii, która ma F-16. Szczerze mówiąc, to nie wiem czy F-16 mogą stać w powietrzu. Więc co to mogło być? Na dowód mamy nagrany film z tym hukiem. Jak ktoś wie, to niech napiszę do mnie.
Mgła towarzyszyła nam jeszcze pół godziny, by w końcu odsłonić puściutki ocean i słońce, które sprawiło, że zrobiło się jaśniej i cieplej. Cały wieczór i noc było pusto. Czasami, sporadycznie gdzieś mignął nam jakiś kuter, oświetlony jak choinka, co znaczyło, że chłopaki pracują.
My z Białym przejęliśmy wachtę o dwunastej w nocy. Najjaśniejszy z Michałem zostali z nami jeszcze ponad godzinę. Było miło i spokojnie i nie chciało się iść spać. W ramach dbania o siebie nawzajem, Michał chciał przypiąć Najjaśniejszego, który wrócił z kambuza. Niestety pociągnął nie tą zawleczkę i nagle Robuś nam się nadymał jak żółta kaczuszka w wannie. Jego szelki asekuracyjne wybuchły i dobrze, że nam Robusia nie wystrzeliło w kosmos bo mielibyśmy żółty latawiec za rufą. Wyobraziłem sobie nadmuchanego Robusia, dyndającego na lince na wysokości dziesięciu metrów, machającego grubiutkimi rączkami i nóżkami. Mieliśmy długo ubaw z sytuacji. Teraz absolutnie zabraniamy mu siadać koło tratwy ratunkowej. Lepiej żeby nam jej też nie wystrzelił. Michał dostał zakaz ciągania obcych zawleczek.
Ocean znowu zrobił się całkowicie gładki, dzięki temu osiągaliśmy prędkości ponad siedmiu węzłów i tym samym poprawialiśmy naszą godzinę dotarcia do La Coruny. Od czasu do czasu odwiedzały nas delfiny, które czasem płynęły z nami króciutko a czasem wyczyniały długie harce i zabawy. Zastanawialiśmy się z Białym kiedy i jak one śpią? skoro w nocy chce im się wyczyniać takie salta. Pogoda zaczęła psuć się rankiem. Ocean znów się obudził, chmury zasłoniły niebo i do tego doszedł deszcz. Nie było przyjemnie, tym bardziej, że w noce cały czas towarzyszyła nam duża wilgoć. Wystarczyło posiedzieć trochę na decku, by wszystko zaczęło nasiąkać słoną wodą.
Jedyną atrakcją poranka była wizyta, na wachcie Roberta i Michała, walenia lub wieloryba, który kilka razy prysnął nam fontanną przy jachcie. Chwilę popłynął za nami i odpłynął w siną dal. Szkoda, że nie udało się chłopakom zrobić zdjęcia, ale jak twierdzą trwało to chwilę. Nie miałem nigdy okazji spotkać tych pięknych i wielkich morskich ssaków i cały czas czekam na tą chwilę. Chłopaki biją się w pierś, że jest to najprawdziwsza prawda. Niestety nie wiem, cóż to za zwierz nas odwiedził bo nie udało nam się tego ustalić.
Około godziny dziesiątej mijaliśmy podejście do Porto. Przez mgłę nie widzieliśmy nic. Szkoda, że i tu nie mogliśmy zawitać, bo to piękne miasto portowe położone po obu stronach rzeki Duero. To od jego nazwy wywodzi się nazwa Portugalii. Warto odwiedzić południową stronę Porto, zwaną Vila Nova de Gaia gdzie od lat mają swoje siedziby producenci słynnego na cały świat Porto. Kiedy byłem tu ostatni raz, to obowiązkowo odwiedzaliśmy pijalnie Porto. Zacny to, acz zdradziecki trunek spowodował, że razem z Markiem moim kumplem z Warszawy, zostaliśmy pewnego popołudnia odcięci od rzeczywistości na jakieś dwie godzinki. Wydarzenie miało miejsce na miejskich błoniach tuż nad samą rzeką. Wspólnego obiadu z załogą w restauracji, ani on ani ja nie pamiętamy. Więc kiedy przyjdzie Wam ochota pić Porto, na zielonej trawce nad Duero, to zabezpieczcie tyły, by ktoś Was z tej zielonej trawki pozbierał, zanim zrobi to portugalska policja. Nie żebym reklamował, ale czerwony Crown przy wrześniowym słoneczku nas sponiewierał. Mam nadzieję, że na lotnisku w Porto uda się choć jedną buteleczkę zakupić.
Poranek zaczął się w deszczu i bez gazu. Nasze dwie butle gazowe wyzionęły ducha. Udało się Danielowi jeszcze ugotować kuskus i to było na tyle. Trochę to dziwne, że druga tak szybko się skończyła, bo na drugim i trzecim etapie znacznie mniej używaliśmy gazu. Na szczęście do La Coruny pozostała nam doba z hakiem więc, dramatu nie było, choć brakowało ciepłej kawki z samego rana. Śmialiśmy się z Daniela, mówiąc mu że z gazem to każdy potrafi obiad ugotować. Daniel stanął na wysokości zadania i przygotował nam obiad w wersji na zimno. Fasolę z kukurydzą i z warzywami. Było dobre.
W między czasie przeprowadziliśmy na pokładzie prace bosmańskie, których efektem były nowe linki do odbijaczy. Niestety mimo kolejnych prób nie udało się naprawić naszego prędkościomierza, który nadal odmawia z nami współpracy, ale w końcu naprawimy dziada. Co go boli, nie wiem.
Mimo braku gazu, nie zauważyłem oznak buntu w załodze. Wszyscy bez kłopotu i narzekania przyjęli opcje surviwalową. Czyli wersja na przetrwanie. Nawet poszliśmy z Najjaśniejszym dalej, zastanawiając się, co by było jakbyśmy wylali wodę, paliwo? Fantazja nas poniosła, ale na szczęście były to tyko dywagacje pełne żartów.
Po sowitej acz zimnej kolacji, załoga nas opuściła i poszła spać. Zostaliśmy z Białym sami, nie wiedząc jeszcze, że wygraliśmy dwa bilety w pierwszym rzędzie dla VIP-ów na specjalny pokaz, który tylko dla nas przygotował Król Oceanu.
O dwudziestej pierwszej od zachodu, podpłynęły dwa delfiny, które zaczęły nas eskortować. Chwilę później za rufą wyskoczyły z wody trzy. Zaczęły wysoko wyskakiwać nad wodę jak na jakimś pokazie. Po ich pokazie, z każdej strony zaczęły nadpływać grupy trzech, czterech delfinów. Wszystkie wykonywały salta, piruety, zwroty. Taniec synchroniczny trwał w najlepsze. Kulminacją tego pokazu była siedmioosobowa grupa, która co chwila wyskakiwała z wody na wysokość półtora metra. Za wszelką ceną, próbowałem uchwycić ten spektakl moim szajsungiem, ale było już za ciemno, a delfiny były po prostu za szybkie. Pokaz trwał ponad dwie godziny. Miałem wrażenie jakby delfiny przekazywały sobie nas między sobą. Kiedy jedne kończyły i odpływały, to zaczynały nowe. Nie mam innego wytłumaczenia jak to, że Neptun nas wynagrodził za chwilę, kiedy dał nam w kość. Było to niesamowite i oboje z Białym byliśmy pod wrażeniem ich ilości, ale przede wszystkim tego jak nam się pokazały, jak pięknie wyskakiwały nad wodę, jak równo, dużo i było po prostu magicznie. Cudowne zwierzaki.
Powoli zbliżaliśmy się do Przylądka Finisterre, za którym mieliśmy skręcać na Biskaje. Wachtę zdawaliśmy Danielowi, prosząc go by był czujny, bo zbliżaliśmy się do miejsc, w których występują mielizny. Przesunąłem rutę bardziej na zachód, zostawiając info oficerom, by absolutnie nie wychodzić za nią od strony wschodniej.
Dwie godziny później wstałem by zobaczyć jak idzie Danielowi i Kamili. Na północnym wschodzie już całkiem żwawo błyskała nam latarnia z Przylądka Finisterre, które wchodziło nam w trawers. W czasach średniowiecznych uważano ten przylądek za koniec świata. Pielgrzymi drogą Św. Jakuba docierali na ten skrawek ziemi by spalić swoje ubrania, obmyć się w wodach oceanu, tym samym oczyszczając się z grzechów. Miejsce, które mijaliśmy owiane było również mroczną historią bitew morskich. Tuż przy przylądku odbyły się aż trzy bitwy. Dwie w 1747 roku i jedna w 1805. Wszystkie trzy odbyły się pomiędzy flotami brytyjską a francuską.
Patrząc na konstrukcje wybrzeża, widać było jakie jest zakręcone i najeżone ostrymi skałami. Myślę, że nie jeden okręt spoczął tu na dnie, pchany zachodnim sztormowym wiatrem.
Daniel pięknie odjechał na zachód od ruty i spokojnie mogłem się położyć spać. Wiedziałem, że Biały wstanie na wachcie Najjaśniejszego by wspierać go duchowo.
Około siódmej z hakiem zaczęliśmy mijać, kolejny przylądek A Nave. Wysokie klify i wzgórza pną się aż na ponad dwieście metrów. Chwilę później wstałem i wyszedłem zobaczyć jak wygląda sytuacja. Właśnie mijaliśmy ostre jak zęby skały, o które z wielką siłą i hukiem rozbijały się fale Atlantyku. Zrobiłem kilka zdjęć tych majestatycznych i groźnych skał.
O ósmej przejęliśmy z Białym ponownie wachtę. Było bardzo mrocznie. Płynęliśmy pod zasłoną ołowianych chmur. Fala zrobiła się długa i wysoka, typowo atlantycka. Wiatr zaczął nam odkręcać. Około jedenastej postawiliśmy żagle. Północno-zachodni wiatr ciągnął nas z prędkością sześciu węzłów. Cudowne uczucie kiedy wyłącza się silnik i słychać tylko wiatr i fale. Wyglądało, że do szesnastej powinniśmy być w La Corunie. Płynęliśmy wzdłuż Costa Verde ciesząc się tymi ostatnimi godzinami rejsu.
O 14:32 zobaczyliśmy charakterystyczną dla La Coruny wieżę Herkulesa. Jest to najstarsza na świecie czynna latarnia morska, zbudowana przez Rzymian w II wieku. Legenda głosi, że ponoć budował ją sam Herkules. Podpłynęliśmy bliżej by ją zobaczyć z bliska. Pod jej stopami fale rozbijały się z ogromną siłą, wzbijając się na dobrych kilka metrów. Była majestatyczna i aż trudno uwierzyć, że stoi tu prawie dwa tysiące lat i ciągle ostrzega żeglarzy.
Na wielkiej fali wjechaliśmy do portu La Coruny. Potem za falochronem w prawo i do mariny. Po lewej stronie, mariny strzegła szesnastowieczna twierdza San Anton, która była świadkiem kilku porządnych bitew. Najpierw zaparkowaliśmy przy stacji by zatankować. Nad stacją wisiała marinowa restauracja, która była full. Goście oderwali oczy od swoich talerzy i na chwilę staliśmy się główną atrakcją. Wypadało ładnie odejść, skoro my i nasz jacht staliśmy się bohaterem jednej minuty.
Przez radio na kanale dziewiątym otrzymaliśmy instrukcje dotyczące postoju. Mieliśmy zaparkować przy kei nr 4. Rufką wjechaliśmy między Y-bomy. Lekko nam wiatr odepchnął dziób, który oparł się na dalbie, ale odbyło się bez żadnych szkód i strat. Na naszym jachcie nie mamy steru strumieniowego, który w takich chwilach mógłby się przydać. Ale tu znowu wychodzi stara nasza maksyma: Ze sterem strumieniowym to każdy potrafi. Przyznaję, że ten manewr nie należał do najlepszych w moim wykonaniu. Trzeba też przytoczyć inną starą maksymą: Jeśli jacht uderzył w keję to znaczy, że kapitan tak chciał. No cóż bywa.
Zaparkowaliśmy i trochę pobawiliśmy się cumami i szpringami, by nasza Lady była bezpieczna przy tych silnych wiatrach dopychających, które tu mogą występować.
Była szesnasta. Trzeci etap dobiegł końca. Przepłynęliśmy sześćset osiemdziesiąt mil w sześć dni. Chyba całkiem nieźle. Łącznie za nami zostało dwa i pół tysiąca mil.
Brak gazu spowodował, że w piątek nie było obiadu, nawet na zimno, bo założyliśmy, że zjemy coś na mieście. Tak jak staliśmy, tak ruszyliśmy na miasto z nadzieją na dobry i sowity obiad.
Siesta, siesta, siesta. Knajpy otwarte, ale można było w nich kupić tylko napoje. Odbijaliśmy się jak piłeczki pingpongowe. Najjaśniejszy uparł się, że dzięki apce w telefonie znajdzie nam knajpę i nie bardzo chciał słuchać, że kuchnie w knajpach o tej porze są jeszcze zamknięte i dopiero zaczynają funkcjonować od dwudziestej. Skończyło się na tym, że po uliczkach La Coruny przełaziliśmy dwa miliony minut i nie powiem, że poziom wk……..a rósł w nas z każdą knajpą, od której się odbijaliśmy.
Uratowała nas mała pizzeria, która serwowała kawałki pizzy na wynos. Jak strudzeni pielgrzymi, usiedliśmy na murku przy kościele Św. Mikołaja i na nim zjedliśmy pizzę, która uratowała nas przed śmiercią głodową. Trochę to słabe w wersji Hiszpanów. W końcu La Coruna to miasto, do którego przybywa trochę turystów z całej Europy, którzy mają inne nawyki żywieniowe. Co kraj to obyczaj.
Potem dopchaliśmy się ciastkami kupionymi na straganie i wypiliśmy kawę w Real Club Marinie w centrum miasta, patrząc na zacumowane jachty z całej Europy. Za cztery kawy w centrum miasta zapłaciliśmy pięć euro dwadzieścia. Ktoś mi to wytłumaczy jak to możliwe, że im się opłaca?
Tak jak wspominałem La Coruna, nie jest mekką turystyczną, ale na pewno jest duża i przede wszystkim charakterystyczna, dzięki elewacjom swoich domów, które są oblepione zabudowanymi i oszklonymi balkonami tzw. Miradorres. Pomalowane na biało fantastycznie się prezentują.
Miasto ma swoją długą historię, sięgającą Juliusza Cezara i niestety było areną wielu konfliktów, przechodząc z rąk do rąk.
Dopiliśmy dobrą kawę w Marinie i wróciliśmy na jacht. Czekały na nas jeszcze drobne prace bosmańskie. Przegląd pomp zęzowych, demontaż fajki gumowej z silnika, która trzeba było zamówić czy nagwintowanie otworów w pięcie bomu.
W świetle zachodzącego słońca nad La Coruną kończyliśmy nasze prace. Potem obmyliśmy nasze zmęczone ciała La Coruńskim prysznicem i przystąpiliśmy do skromnego wieczorku pożegnalnego. Tego wieczoru towarzyszyła nam buteleczka dobrego rumu Barcelo. Tak - jedna buteleczka na sześciu. Wiem, trudno w to uwierzyć, ale jak to śpiewał Poręba: klnę się na jumprowe szwy.
Rozdałem opinię, dziękując wszystkim za rejs i za zaangażowanie. Uświadomiłem sobie jedno.
Był to mój pierwszy rejs w historii, na którym nikt nie palił. Sam nie palę ponad półtora roku i widzę ile dobrego brak tego nałogu niesie ze sobą. Na pewno czyściej jest na pokładzie, nie walają się popielniczki. Wiem, że teraz mogę podpaść niektórym moim przyjaciołom, ale takie są fakty.
Wieczór gasł, bo trzeba było rano bardzo wcześnie wstać. O siódmej trzydzieści mieliśmy busa do Porto na lotnisko. Pogadaliśmy o dalszych planach i Caipirinha powoli zasypiała.
Leżąc w koi, zdążyłem jeszcze pomyśleć o cieplutkiej mojej domowej kołderce, pod którą wymoszczę się już jutro. Będzie miło, ciepło, spokojnie a łóżko będzie stało w miejscu. Zrobiło się bardzo błogo.

Zobacz Także